Internetowy kalendarz Kalbi.pl 01.VIII.2020

Internetowy kalendarz Kalbi.pl

1 sierpnia 2020 - kartka z kalendarza Kalbi

Kartka z kalendarza na dziś

214 dzień roku
31 tydzień roku
2020
1
Sobota
Przysłowia na dziś:
  • „Jaki pierwszy, drugi, trzeci, taki cały sierpień leci”
  • „Na świętego Polikopy grom popali kopy”

Słońce

Świt: 04:15
Wsch. Sł.: 04:56
Zenit: 12:42
Zach. Sł.: 20:27
Zmierzch: 21:09

Księżyc

Zach. Księżyca o 2:03

Wsch. Księżyca o 19:26

Cytat dnia:
„Na­wet cień przy­jaciela star­czy, aby uczy­nić człowieka szczęśli­wym. Przy­jaciół nie po­zys­kuj lek­ko­myślnie, a tych, których po­zys­kałeś, lek­ko­myślnie nie porzucaj.” –  Marcel Achard

Co wie o tobie Google? Linki do danych o twojej aktywności, które zbiera | naTemat.pl

Co wie o tobie Google? Linki do danych o twojej aktywności, które zbiera | naTemat.pl



Co wie o nas Google i dlaczego gromadzi tyle danych? W tych miejscach sprawdzisz, jakie informacje zapisuje o tobie gigant z Mountain View

Przyzwyczailiśmy się, że nikt w internecie nie jest anonimowy. Możemy być jednak zaskoczeni tym, jak dużo danych dzień w dzień jest o nas gromadzonych. Jaka marka wiedzie prym w zbieraniu tych informacji? Google. Co wie o nas gigant technologiczny z Mountain View i DLACZEGO musi wiedzieć tak dużo o użytkownikach swoich usług?

Nie będzie chyba dla nikogo odkryciem Ameryki, że powinno się być roztropnym w tym, co wpisujemy w wyszukiwarkę Google. Korzystając z niej codziennie, nie da się nie zauważyć, że pamięta ona wszystkie poprzednie zapytania, a także stara się przewidzieć informacje, na których wyszukaniu mogłoby nam zależeć. Ot, codzienna przygoda z Google. Jeśli surfujemy po sieci zalogowani na koncie tej marki, to skala śledzenia naszej aktywności jest o wiele większa.

Na podstawie danych osobowych, które dodajemy do swojego konta, Google rysuje każdemu z nas profil. Nie tylko określa w nim naszą płeć i przybliżony wiek, ale przede wszystkim prognozuje nasze zainteresowania. I trzeba przyznać, że radzi sobie całkiem nieźle. Każdego dnia ów profil podlega aktualizacji. W ten sposób wujek Google ćwiczy swoją zdolność uczenia maszynowego. Nie robi jednak tego po to, aby bawić się w psychoanalityka. Zależy mu głównie na poznaniu naszego oblicza konsumenta, aby jak najlepiej dopasować wyświetlanie reklam.

Jak Google opisał moją osobę? Okazuje się, że wskazał odpowiedni przedział wiekowy, idealnie określił płeć, a także stan cywilny i status rodzicielski. Nie wiem, jakim cudem odkrył, że jestem właścicielem mieszkania, a nie je np. wynajmuję. Może takiej opcji w ogóle nie ma i według Google każdy ma jakieś tam lokum na własność? Zostawmy to i idźmy dalej.

Choć kategorie „Dom i ogród” oraz „Artykuły dla zwierząt” niespecjalnie mieszczą się w moich zainteresowaniach, to prawdopodobnie są efektem poszukiwania materiałów do tekstów na komputerze w pracy. Podobnie jak przypisanie mojej skromnej osoby do właścicieli dużych przedsiębiorstw – skoro piszę dużo o biznesie i technologii, to widocznie Google widzi we mnie przedstawiciela burżuazji, co jest dalekie od prawdy. Natomiast algorytm „przestrzelił” całkowicie z moim wykształceniem – nie zakończyłem bynajmniej swojej edukacji na ogólniaku.

Google przygląda się z uwagą też aplikacjom, z jakich korzystamy. Nie dziwi fakt, że ma wgląd w apki należące do amerykańskiego koncernu, takie jak Gmail, YouTube, Google Play czy Google Drive. Ten stały monitoring okazuje się zresztą przydatną funkcją, bo pozwala w jednym miejscu zebrać podsumowanie aktywności w każdej z usług Google. Z perspektywy bezpieczeństwa warto natomiast zerknąć w listę aplikacji, które mają dostęp do naszych danych z konta Google. Wśród nich znajdziemy również te, których nie stworzył producent najpopularniejszej wyszukiwarki.

Technologia gromadzenia danych Google zapamiętuje również urządzenia, z których na co dzień korzystamy, by wejść w cyberświat. Jesteście w stanie wskazać należący do was laptop, tablet czy smartfona, który nie miał nigdy styczności z żadnym serwisem czy usługą Google? Odpowiedź wydaje się oczywista i dlatego na stronie prezentującej aktywność urządzeń w internecie najpewniej znajdziecie cały sprzęt komputerowy, który macie w swoim posiadaniu.

Od 2006 roku Google jest właścicielem YouTube. Z tego powodu nasza aktywność na największym serwisie internetowym z plikami wideo znajduje się pod czujnym okiem Wielkiego Brata zza oceanu. YouTube sam w sobie gromadzi dane o tym, co oglądamy, czego szukamy, w którym momencie zakończyliśmy seans, a także proponuje, co powinniśmy jeszcze zobaczyć. Ponieważ konto Google służy do logowania się do YouTube, znajdziemy w jego zakamarkach zarówno historię wyszukiwanych fraz, jak i spis obejrzanych filmów oraz wykaz napisanych komentarzy.

W przypadku korzystania z urządzeń mobilnych (co w Polsce, gdzie ponad 57 proc. społeczeństwa przegląda internet na smartfonach, jest już dawno zjawiskiem masowym) Google nie spuszcza wzroku z naszej lokalizacji. Wystarczy zajrzeć w to miejsce, by zapoznać się z wypisem wszystkich odwiedzonych przez siebie miejscowości, miejsc i adresów z wizualizacją tych punktów na mapie. Google doskonale orientuje się więc, gdzie i kiedy byliśmy.

Skoro wiemy, gdzie i jak zapisywane są o nas różnorodne informacje, pojawia się pytanie: po co Google zbiera te wszystkie dane? Odkładając na bok teorie spiskowe, można podać dwa oficjalne powody. Po pierwsze, ten monitoring jest dla Google sposobem na rozwijanie i doskonalenie machine learning. A po drugie, zgromadzone dane pozwalają na lepsze targetowanie reklam tak, aby te wszystkie bannery i filmiki na stronach odpowiadały rzeczywiście na nasze zainteresowania.

Cała ta wiedza o mechanizmach „śledzenia” przez Google powinna dać do myślenia tym, którzy są wrażliwi na punkcie swoich danych osobowych. Jeśli macie zwyczaj regularnego czyszczenia historii przeglądarki, to bardzo dobrze, ale rozszerzcie go o porządki w rejestrach Google. Niektóre funkcje możecie wyłączyć, a w innych zacierać ślady swojej aktywności, gumkując poszczególne zapisy. A jeśli zdarza się wam użyczać komuś komputera czy telefonu, by ten ktoś wyszukał sobie coś w sieci, to nie zapominajcie kliknąć komendę „Wyloguj”. Tak na wszelki wypadek.

Sam też możesz sprawdzić, co dokładnie wie o Tobie Google:

KOD-KOMITET OBRONY DEMOKRACJI

Dzisiaj o godzinie 12.00 odbyła się manifestacja i przemarsz uczestników demonstracji KOD-u w Łodzi. Hasło to:

„Nie godzimy się na inwigilację w Internecie, na naruszanie naszej prywatności. Jesteśmy przeciw zawłaszczaniu mediów publicznych”,

Pochód przeszedł ulicą Piotrkowską od Pasażu Schillera do Placu Wolności. Oto kilka fotek.

 

INTERIA

Dzisiaj i to przed chwilą wkurzyłem się. Mama skasowała mi w interii wiadomości i kontakty. Wiadomości to wiadomości, lecz kontakty będę musiał to wpisywać ręcznie przez długi czas. Cholera. Dać babie władanie kompem i krach. Jestem wkurwiony.

Rzeź porównywarek

Google zrobiło prawdziwą rzeź. Wycięło z wyników wyszukiwania najpopularniejsze polskie porównywarki cen: Ceneo, Nokaut i Skąpca. To radykalny ruch mogący oznaczać śmierć tych serwisów

Z porównywarek cen korzystamy często, ale przeważnie trafiamy na nie raczej z wyników wyszukiwania, niż wchodząc na serwis bezpośrednio. Google jest więc dla nich jednym z ważniejszych źródeł ruchu. A raczej był – serwisy takie jak Ceneo, Nokaut, Skąpiec, Euro.com.pl, Świstak zostały „wycięte” z pierwszych stron wyników wyszukiwania. Na marginesie zauważymy, że skala czystek jest dużo większa – ucierpiało także Tesco czy Fotka.pl.

Teraz jeśli spróbujecie wyszukać jakiś produkt (aparat, to na pierwszych stronach wyników wyszukiwania nie znajdziecie już porównywarek. Zostały one zepchnięte na naprawdę odległe pozycje (na przykład 6 strona wyników wyszukiwania).

Czym należy tłumaczyć zmiany? Pierwsza myśl – Google zmienił algorytm, czyli sposób kategoryzowania stron internetowych. Byłoby to jednak dość dziwne – w końcu koncern z Mountain View najczęściej walczy ze śmieciowymi stronami, ze spamem lub z witrynami dostarczającymi treść bardzo niskiej jakości. Jak mają się do tego popularne porównywarki cen?

Tego dowiadujemy się z wpisu pracownika Google, Kaspara Szymańskiego, który na Google+ napisał już kilka dni temu:

Zespół #Google #Search Quality zajął się kwestią kupowania linków przez popularne polskie witryny i podjął odpowiednie kroki w tych wypadkach gdzie zaistniała taka potrzeba. Mamy nadzieję, że z czasem więcej klientów SWLi przemyśli swoją strategie zdobywania linków.

Pierwszym podejrzanym staje się więc już nie Google i jego drakońskie zasady, lecz same porównywarki, które miałyby w nieuczciwy sposób „podbijać” swoje wyniki w wyszukiwarce.

Jak tłumaczyć czystki w wyszukiwarce?

Pierwszą podpowiedź dał nam cytowany już wyżej pracownik Google – chodzi o „kopowanie linków”. Na czym to dokładnie polega? Jak tłumaczy nam Maciej Woźniak z agencji SEM Search Lab:

Kupno linków, a szczególnie poprzez tzw. SWL-e (Systemy Wymiany Linków) jest niezgodne z regulaminem Google, gdyż jest próbą sztucznego zwiększenia wartości serwisu i  manipulacji organicznymi wynikami wyszukiwania. Google jest pod tym względem bardzo restrykcyjne i praktycznie wszystkie przyjęte sposoby pozycjonowania poprzez pozyskiwanie linków naruszają politykę wyszukiwarki.

Marta Jóźwiak z polskiego oddziału Google zapewniała, że żadnej wojny z porównywarkami nie ma, a wprowadzone zabiegi to rozliczanie serwisów z łamania przez nie zasad wyszukiwarki:

Nie komentujemy akcji podjętych wobec konkretnych witryn. Możemy jednak potwierdzić, że kilka znanych witryn z różnych kategorii tematycznych działało niezgodnie z naszymi wytycznymi dla webmasterów i podjęliśmy działania by temu zaradzić. Gdy ktoś korzysta z wyszukiwarki Google, chcemy dostarczyć mu najlepsze możliwe odpowiedzi. Nasz algorytm wyszukiwania bazuje na ponad 200 sygnałach, by pomóc internautom znaleźć odpowiednie wyniki. Jeśli niektóre witryny łamią nasze wytyczne dla webmasterów i próbują oszukać system, jest to złe doświadczenie dla użytkowników i zastrzegamy sobie prawo do podjęciu kroków, by temu zaradzić. Tego typu działania podejmujemy od pierwszych dni powstania firmy.

W działaniach Google’a niektórzy komentatorzy dopatrują się działania z premedytacją. Autorbloga Fakty i mity SEO zastanawia się, dlaczego działania Google dotknęły głównie największe porównywarki cen. Stawia on hipotezę, że akcja Google’a miałaby przygotować polski grunt na wdrożenie Google Product Search, czyli porównywarki cenowej marki Google, dla której Ceneo i inne tego typu serwisy zwyczajnie stanowią konkurencję.

Tłumaczenie to wydaje się być jednak nieco naciągane. Przede wszystkim kupowanie linków przez różne serwisy (nie tylko porównywarki) to dość częsty, choć zakazany proceder. Tłumaczenie Google, że właśnie linki pochodzące z nielegalnych źródeł jest powodem blokady brzmi więc racjonalnie. Po drugie zaś – Google Product Search dostępny jest już w kilku krajach na świecie, a do tej pory konkurencyjne porównywarki nie były blokowane.

O wypowiedź poprosiliśmy także przedstawicieli czołowych porównywarek, które dotknięte zostały zmianami. Ci jednak odmawiają komentarza i nie przyznają (ani nie zaprzeczają), że ich serwisy naruszały zasady Google.

Czystki porównywarek i konsekwencje dla nas

Część użytkowników odetchnąć może z ulgą – co najmniej przez chwilę po wpisaniu w Google modelu urządzenia na pierwszych pozycjach nie znajdować się będą porównywarki. To dobra informacja zwłaszcza dla tych, którzy wpisywali w Google bardzo ogólne hasła i poszukiwali recenzji i testów sprzętu lub opinii użytkowników, zamiast wygenerowanych zestawień sklepów pochodzących z porównywarek.

Komentarz do Rzezi porównywarek

Punktów widzenia jest jednak wiele – z drugiej strony ucierpieć mogą te osoby, które właśnie w porównywarkach znajdowały opisy produktów, których nie udostępniał producent, lub specyfikację sprzętu starszej daty.

Co więcej, niewielkie, funkcjonujące w sieci sklepiki olbrzymią cześć swoich obrotów czerpały właśnie ze swojej pozycji w porównywarkach. Teraz, o ile „weryfikacja” nie straci impetu będą musiały zainwestować w pozycjonowanie bezpośrednio w Google. Z drugiej strony, porównywarkom zarzuca się że generują obroty wyłącznie tym sklepom, które oferują skrajnie niskie ceny, graniczące z opłacalnością i ze względu na mechanizm działania wręcz napędzają wojnę cenową między sklepami. Wbrew pozorom, dość często stratny jest w tej sytuacji konsument. Dlaczego? Bo operując na bardzo niskich marżach sklepy skupiają się na aspekcie ilościowym sprzedaży, zapominając o takich elementach, jak rzetelna obsługa klienta, czy obsługa po sprzedaży, utrudniając, na przykład, ewentualne wszczęcie procedury reklamacyjnej itp.

To nie algorytm

Maciej Woźniak z Search Lab zauważa, że:

Patrząc na listę serwisów, które zostały praktycznie usunięte z wyników wyszukiwania trudno oprzeć się wrażeniu, że zostały one wyselekcjonowane ręcznie, nie zaś za pomocą algorytmu. Dla serwisów typu Ceneo czy Nokaut oznacza to zachwianie podstaw całego biznesu. Myślę, że kluczowe będą najbliższe dni i tygodnie, w czasie których przekonamy się czy to jedynie początek i usunięcie z wyszukiwarki dotknie także kolejne strony czy jest to jedynie pogrożenie palcem, a ukarane serwisy szybko wrócą na wcześniejsze pozycje.

Google co jakiś czas faktycznie ingeruje w ten sposób w wyniki wyszukiwania. Ma to jednak miejsce wtedy, gdy stwierdzone zostanie naruszenie zasad koncernu. Dla porównywarek zaś to przykra lekcja – gdy biznes za bardzo staje się zależny od Google, to może zachwiać się przy każdej zmianie wprowadzonej przez koncern.

źródło: http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,11061933,Rzez_porownywarek.html